Wywiad w Gazecie Krakowskiej.

Gazeta Krakowska 
Dziennikarka: Julia Kalęba

Z przemijaniem jestem zaprzyjaźniony. Lubię z tego korzystać. Ktoś może powiedzieć: przemijanie to smutny fakt, wszystko jest nietrwałe. A ja się troszkę tym przemijaniem cieszę. Można chłonąć z tego, co było, ale też robić coś, żeby ta chwila nie była stratna. Są ludzie, którzy czekają na przyszłość, i są ci, którzy wykorzystują ten moment – mówi Michał Napierała, zegarmistrz.

Wschód
Z wystawowego okna przechodniom czas odmierza zegarek numer 3278. Mija się go po czterech minutach drogi z Wawelu i siedmiu, jeżeli w przeciwnym kierunku idzie się z centrum Kazimierza. Każdy zegarek dostaje kolejny numer. Każdy od kawałka drewna do mechanizmu tykającego za szklaną witryną pracowni zajmuje dzień pracy Michała Napierały. Napierała spędził przy tworzeniu zegarków 26 tysięcy godzin, nie licząc tych, które poświęcił nauce pierwszych egzemplarzy.
Zegarek numer jeden zajął pięć tygodni. To było jedenaście lat temu. Michał zrobił go dla siebie, w odpowiedzi na anonimowość masowej produkcji i towarzyszące mu od dziecka pytanie o nieskończoność.
– Wiesz, w moim życiu temat czasu pojawił się tak nagle i po prostu, że nawet nie wiedziałem, że chodzi o czas – opowiada, stojąc za długą ladą, która dzieli jego pracownię na pół. - Pierwsze zainteresowanie wynikało z mocno zakorzenionej w naszej kulturze religii i zachwytu pewnym niepokojącym obliczem nieskończoności Boga, z tematem życia po śmierci. Potem, już pod koniec szkoły podstawowej, doszła fizyka i gdzieś we wzorach ten czas zaczął się pojawiać. Zwróciłem uwagę, że to nie jest tylko cyfra w równaniu matematycznym, tylko że za tą cyfrą jest coś więcej, o wiele więcej.
Okna niewielkiej pracowni wychodzą na wschód, tak że latem gorąco jest tu jeszcze przed południem. Ustawiony nad głowami klientów wiatrak rozwiewa ich włosy i strony książki zostawionej na blacie. Inne leżą na półce zawieszonej przy wejściu. Najstarsza z nich wpadła w ręce Michała prawie 30 lat temu. Dziś zamiast kolekcji starych zegarów ścianę zasłaniają naukowe podręczniki, poradniki scenopisarstwa i kręcenia filmu, przewodniki po tworzeniu czasomierzy.
- Ciężko ją dostać – Napierała sięga po „Teorię nieskończoności” Johna D. Barrowa - jest jak najbardziej naukowa, a czyta się ją jak science fiction – kładzie książkę obok tamtej, której strony zatrzymały się teraz na biało-czarnym rysunku technicznym, i dodaje: – Jak zgłębiasz wiedzę o czasie, to do pewnego momentu wydaje ci się, że wiesz bardzo dużo. Ale jak masz za sobą już najrozmaitsze teorie i okazuje się, że niewiele zostało do czytania, zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę nic o nim nie wiesz.
Ma na sobie biały T-shirt i ciemnie spodnie. Tylko jasne końcówki brązowych włosów zdradzają, że jeszcze niedawno miał na imię Adam, a nazwisko – Pokolenieski.

W południe
Pierwsze ujęcie pochodzi z 20 stycznia 2021 roku, godziny 12.43. Posiwiały naukowiec właśnie je śniadanie. Schylony nad patelnią siedzi na skraju łóżka, pod nim na podłodze porozrzucane „Tajemnica czasu” Rovelliego, „Mózg – władca czasu” Buonomano i „Teoria nieskończoności”. Książka zajmuje też miejsce na stole, tak jak laptop, narzędzia i rozmontowane mechanizmy.
Adam Pokolenieski ma 54 lata i nie osiągnął w życiu nic znaczącego, bo cały czas przez kogoś czeka. Twierdzi: jakby się ludzie nie spóźniali, to obecnie nasza cywilizacja byłaby dwieście lat do przodu. Ma na to radę. Chce stworzyć mechanizm, który pozwoliłby zauważać najkrótszą możliwą chwilę.
- Pokolenieski zajmuje się tą drugą stroną nieskończoności, czymś nieskończenie małym. Jest wiek, godzina, minuta, sekunda. Ale sekundę można jeszcze podzielić. Naukowcy w równaniach matematycznych dochodzą do najkrótszej niepodzielnej części czasu, czyli jednego Plancka. Pokolenieski chce iść dalej – mówi Michał Napierała i zaraz wyjaśnia: - Jeżeli jako umysł dojdziesz do tej najkrótszej chwili i podzielisz ją jeszcze na pół, i idziesz dalej, w nieskończoność tego czasu, a twój umysł może wciąż pracować, to wyobraź sobie, że w tym „teraz” możesz osiągnąć wszystko. Czas nie musi iść dalej, a ty możesz teraz osiągnąć wszystko – rozkłada ręce nie na znak bezradności, ale triumfu.
Pomysł na serial pojawił się już w 2010 roku. To było zaraz po tym, jak Michał zaczął robić czasomierze. 10 lat później napisał scenariusz. 2 września 2020 roku o godzinie 14.37 wybrał jako ostateczny tytuł „Mgnienie”. Do dziś ukazało się pięć odcinków. To pierwsza seria opowiadająca o profesorze Pokolenieskim i cywilizacji, którą chce naprawić.
Michał Napierała: - Pokolenieski krytykuje innych, że się spóźniają, ale tak naprawdę to nie jest do końca ich wina. Zegar dobowy od zawsze kontrolował nasze działania. Dopiero potem podzieliliśmy czas na godziny i spróbowaliśmy je skrupulatnie odliczać. Około 1500 roku wprowadziliśmy zegary do domów. Wcześniej były czasomierze wieżowe, klepsydry, a jeszcze wcześniej i tego nie było, a ludziom wystarczało słońce. Dzięki rozwojowi cywilizacji zaczęliśmy dostrzegać najkrótsze możliwe chwile. Ta precyzja punktualności jest obsesją profesora.

Do nocy
Drewno powinno być dębowe. Michał ołówkiem szkicuje kontury zegarka, wycina zaprojektowany model, szlifuje brzegi i wnętrze. Ten pierwszy etap pracy zajmuje od sześciu do ośmiu godzin. Gotowy kształt wypełnia mechanizmem. Po około 12 godzinach zakłada wskazówki. Po kolejnych dwóch wskazówki się ruszają. To łącznie 52 procedury, a niemal co trzecia wiąże się z wycinaniem, wierceniem, klejeniem, szlifowaniem, polerowaniem, obróbką, impregnacją drewna. Czasu nie można zaoszczędzić na żadnej. Michał zawsze dostrzegał pojedyncze sekundy, ale mówi, że praca nauczyła je doceniać.
- Staram się robić tyle rzeczy, na ile mogę sobie pozwolić. Zawsze interesowałem się czasem nie tylko w pojęciu naukowym i filozoficznym, ale też precyzyjnym - opowiada. - Zbierałem stare książki zegarmistrzowskie, bo ta produkcja zegarków zawsze mnie jakoś ciekawiła. W pewnym momencie po prostu postanowiłem tworzyć swój czasomierz. Trochę książki pomogły, trochę YouTube, trochę smykałka modelarska.
Zegarki powstają na czarnym biurku przylegającym do szklanej witryny. Co jakiś czas Michał podnosi wzrok. Wtedy widzi ściany kamienicy i barokowy kościół zbudowane dla misjonarzy, którzy przyjechali z Warszawy 339 lat temu na zaproszenie biskupa, żeby w tutejszym seminarium duchownym kształcić kleryków. Księża zatrzymali się na Wawelu, ale biskup wkrótce kupił dla nich pobliskie nieruchomości oddalone o zaledwie cztery minuty.
Być może postępy prac obserwowano z miejsca, w którym dziś Michał montuje zegarki. Budynek powstał już na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku. Kiedyś był tu browar, później dom kupców krakowskich. Na zdjęciach sprzed paru lat wciąż widać logo drogerii. Z czasem delikatne litery zmieniły się w wyrazisty szyld: Michał Napierała. Pracownia. Zegarki z drewna. Rok założenia 2011.
- Ale ja ten zegarek chciałem zrobić tylko dla siebie – wraca do początków. – Zacząłem go nosić na ręce, znajomi podpytywali, w końcu ktoś poprosił o podobny. Zrobiłem drugi, czwarty, piąty. I złapałem się na tym, że nie mam na nic więcej czasu. Wstawałem o godz. 6.30, żeby przed 8 być w pracy. Pracowałem w jednej z większych korporacji w Polsce. Wracałem do domu po 18 i grzebałem przy zegarkach. Około drugiej w nocy kończyłem, a o po szóstej znowu wstawałem. To się przez wiele miesięcy zazębiało. Kiedy zobaczyłem, że z zegarmistrzostwa produkcyjnego jestem w stanie zarobić mniej więcej tyle, co w korporacji, porzuciłem tę pracę skupiłem się na czasomierzach - wspomina. - A to spowodowało, że postanowiłem napisać serial o czasie. Jakby to wypłynęło naturalnie z tego, co robię. Chciałem podzielić się tym, co umiem i wiem, o czym dużo myślę.

Sygnały
- Oczywiście, są teorie, że czasu wcale nie ma. Że to niepotrzebny wymysł człowieka – Michał opowiada, chodząc teraz po pracowni. - Tylko człowiekowi trudno to zrozumieć, bo szukamy nazwy i odpowiedzi na wszystko, co nas otacza. Nazwaliśmy czas czasem, ale do dzisiaj próbujemy go zgłębić. I w sensie naukowym nadal nie do końca wiemy, czy to realna substancja, która istnieje jak wszystkie wymiary i gdzieś między nami płynie, czy on wydarza się tylko w naszej głowie. To jedna z największych tajemnic naszej cywilizacji – zawiesza wzrok na półce książkami.
- Wszystkie te publikacje przerobiłem wszerz i wzdłuż. I w żadnej z nich nie ma tak naprawdę odpowiedzi wprost. A naukowcy… Jeżeli ktoś jest poważnym badaczem, nie może napisać teorii czasu do końca. Bo nie ma na to poparcia, on może się tylko domyślać.
Adam Pokolenieski tworzy sygnał, który nauczy ludzi postrzegania czasu w jego najmniejszych jednostkach i zmniejszy spóźnienia do ułamka sekundy. To sygnał, który ma zmienić ludzkość. Michał Napierała uważa, że wyjął profesora z najczarniejszych zakamarków umysłu, uformował i stworzył jego świat, a potem kazał mu rozwinąć koncepcję, która chodziła mu po głowie. Zegarmistrz umieścił w tym serialu także inne teorie. Wyjął je ze swoich książek.
- Wszystkie rzeczy, które oglądasz w tym serialu, mają poparcie w źródłach – zaznacza. – Ale - nie spoilerując za wiele - poruszam też teorię, które nie do końca została zbadana przez naukowców, czyli czas w połączeniu z nieskończonością. To jest coś dla mnie ciekawego. Bo jak można wyobrazić sobie nieskończoność? To nie jest tylko duża liczba. Nieskończoność to praktycznie szaleństwo.

Substancja aż kipi
Michał ustalił tytuł serialu 2 września 2020 roku o godzinie 14.37 i kilka minut później nazwał tak samo domenę internetową. Premiera odbyła się na niej 11 maja 2021 roku wieczorem. Była dokładnie 18. W pierwszej scenie Adam Pokolenieski je śniadanie w swoim pokoju. Spóźniony wybiega. Mija ulice Kazimierza, rynek, ulicą Grodzką dociera pod Wawel i biegnie dalej.
- Robiąc serial o czasie w Krakowie, nie masz żadnego problemu ze scenografią. Wiesz, jak wygląda nasze miasto. Obojętne, co sfilmujesz, substancja czasu aż tu kipi – wskazuje na okno.
Każdy odcinek trwa minutę. W każdym jest 60 ujęć. Skomponowana do niego muzyka ma 60 bitów na sekundę.
- Zwróciłaś uwagę, że serial zaczyna się odliczaniem? Pod koniec się to rozregulowuje. Ale zrozumiesz, dlaczego tak się dzieje, w kolejnym sezonie.